Godzilla
Czwartek, 29 maja 2014 09:17

„Godzilla” AD. 2014 jest filmem niełatwym w ocenie. Jego odbiór jest mocno uzależniony od oczekiwań widza. Ale spokojnie – wstydu nie ma, "Godzilla" jest rzeczywiście największa z możliwych. Obietnice twórców w tym względzie zostały spełnione.

  
 
 
 Twórcy najnowszego filmu o legendarnym stworze drzemiącym w najmroczniejszych czeluściach ziemi, od samego początku promowali w jednoznaczny sposób. Hasła „największy potwór wszechczasów”, „prehistoryczny stwór jakiego kino jeszcze nie widziało”, „król-jaszczur w nowej – lepszej odsłonie” itp. od kilku miesięcy przewijały się w mediach, skutecznie podsycając emocje miłośników kina bombastycznego. Już sam zwiastun dawał wyraźnie do zrozumienia, że typowany na wiosenny hit box office’u film, to prawdziwa perełka w dziedzinie efektów specjalnych i nie lada gratka dla fanów monster movie. Minęłabym się z prawdą, twierdząc, że obietnice te nie zostały spełnione. „Godzilla” Garetha Edwardsa to typowy wysokobudżetowy film katastroficzny z mało skomplikowaną fabułą mówiącą o losach ludzkości po raz tysięczny stojącej na skraju Armagedonu. Efekty wizualne, zdjęcia i (co bardzo istotne w tej konkretnej produkcji) dźwięk, stoją na najwyższym światowym poziomie. Ryk dopracowanej w najdrobniejszych szczegółach jaszczury ma szansę przerazić każdego skrywającego się w mrokach sali kinowej widza.
 
 
Czy zatem „Godzilla” to pełen sukces? Pod kątem realizacji, techniki – z pewnością tak. Ze względu na promocję i, co za tym idzie, frekwencję również. Nie co dzień przecież mamy okazję bezkarnie pogapić się w kinie na monstrum, a właściwie monstra równające olbrzymie metropolie z ziemią, w międzyczasie drwiące z ludzkiej technologii i inteligencji. Natomiast co dalej? Czy „Godzilla” będzie filmem, do którego chce się wrócić kilkukrotnie, wyszukując wciąż nowe smaczki i szczegóły pominięte przy pierwszym podejściu, czy po prostu, by dobrze się pobawić? Z przykrością stwierdzam, że raczej nie.
 
 
 
 
Filmowi Edwardsa brakuje kilku elementów, za które kochamy amerykańskie superprodukcje typu „Dzień Niepodległości”, „Armageddon” czy „Park Jurajski”. Lekkości, charyzmatycznych bohaterów, za których z chęcią trzyma się kciuki, łatwych do zapamiętania onelinerów, żartów i śmiesznych sytuacji (zamierzonych lub nie), rozładowujących patetyczną atmosferę końca świata/potężnej katastrofy. W „Godzilli” wciąż rozbrzmiewają wysokie tony, nie ma miejsca na humor, a pojedynek potworów to śmiertelnie poważna sprawa. W związku z tym zamiast lekkiego rozrywkowego seansu, przychodzi nam się zmierzyć z kinem poważnym, ciężkim i gruboskórnym – takim jak tytułowy jaszczur.
 
 
Wcielający się w główne role aktorzy wydają się być przypadkowymi amatorami wziętymi prosto z organizowanego naprędce castingu (no, może poza Juliette Binoche i Bryanem Cranstonem, których zbyt szybkie zniknięcie z ekranu uzasadnia fabuła). Na pierwszym planie wyjątkowo bezbarwny Aaron Taylor-Johnson, na drugim nieustannie wpatrujący się w dal Ken Watanabe i Sally Hawkins, sprawiająca wrażenie jakby obecność na planie filmowym była jej w tym czasie wyjątkowo nie na rękę, dopełniają dzieła. Paradoksalnie najlepszą „aktorską” robotę wykonuje tu pełna emocji Godzilla, a przecież bidulka przesiedziała wieki pod ziemią i nie miał jej kto uczyć grać…
 
 
Najnowsza „Godzilla” mimo fenomenalnej warstwy wizualnej i dźwiękowej nie ustrzegła się jednak błędów logicznych i scenariuszowych dziur. Dziełu Edwardsa nie pomaga wspomniany brak równowagi patosu i humoru oraz kiepscy aktorzy. Stąd niedosyt. Na pewno mogło być lepiej.
 
 
Kinga Baranowska-Jaworek
 
 
 
 
 
 
Który język obcy chciałbyś doskonale znać?
 
Naszą witrynę przegląda teraz 32 gości 

 
 
 
© 2009-2014 www.eSpinacz.pl | Wszelkie prawa zastrzeżone. Wykorzystywanie zamieszczonych na stronie materiałów bez wiedzy i zgody redakcji - zabronione.
Pomoc przy aktualizacji serwisu - Coffeewebsite.pl